sobota, 21 maja 2011

ZARABIALNIK

To niewiarygodne, jak ludzkie podejście do życia potrafi się zmieniać. Ponoć jest to powszechne, ale mogę mówić o tym jedynie na własnym przykładzie. Dzieci mają w tym względzie łatwiej. W ogóle nie postrzegają życia jako takiego, a to strasznie upraszcza. Gdyby można było zachować taki stan umysłu nabierając wiedzy, nie było by ludzi „puszystych”, „niskiej postury”, „ciemnoskórych”. Byliby „grubi”, „niscy” i „czarni”. Może ktoś poczułby się urażony, ale od razu zostałby „obrażalskim”. Bo przecież „Wróbel, nawet w Wielkie Święto, jest tylko wróblem”. Niemniej jednak to podejście do życia przemija i zaczynają się problemy. Zaczynamy zastanawiać się nad tym, o czym, jako dziecko, byśmy nawet nie pomyśleli. Dobro, zło, bóg, szatan, rodzina, samotność, poświęcenie, wygoda... a wszystko to oglądane w całości przez pryzmat pieniądza. Jego obecności lub braku.

MATERIALIZM UMIARKOWANY

Urodziłem się w takim okresie, że miałem możliwość doświadczyć zalet i wad tak zwanej komuny. Każdy ustrój ma wady, więc, jak gro rodaków, zacząłem od niedostrzegania ich, by bez marudzenia wykorzystać jego zalety. Rozpoczął się okres umiarkowanego materializmu. Umiarkowanego, bo robiłem to wówczas tylko po to, by żyło się spokojnie i było na drobne zachcianki. Zmarły już dziadek nauczył mnie swojego czasu jak to robić. Do dzisiaj pamiętam sobotnie rowerowe wyprawy handlowe z dziadkiem. Wyjeżdżaliśmy o poranku. Dziadek na swojej odwiecznej Ukrainie a ja na kozie, jak zwykłem nazywać tą napędzaną mięśniami imitację Harleya. W dziadkowym portfelu brzęczało kilka monet. Ich brzęk był miłym odgłosem dla stróża w „bazie” – magazynie GS na obrzeżach miasta i pozwalał na zorganizowanie dwóch dużych worów siemienia lnianego i mniejszego worka mieszanki zbożowej. Siemię trafiało na dziadkową Ukrainę, a zboże na bagażnik kozy, po czym objuczeni, rozpoczynaliśmy pielgrzymkę handlową po okolicznych gospodarstwach i handel wymienny kwitł. Niczym dotknięciem różdżki, siemię zmieniło się w dwie kaczki, flachę samogonu, torbę śliwek, kurczaka i kilka piskląt. Trach! Następne dotknięcie różdżki i następne. Tak jeździliśmy przez pół dnia. Coś znikało z toreb, by w puste miejsce pojawiło się coś skrajnie innego. Jedynie worek z ziarnem na moim bagażniku pozostawał nieodmieniony. Potrzebny był dla urozmaicenia kurzej diety. Tak. Hodowanie kur w mieście było dość powszechne. Do dzisiaj można gdzieniegdzie zaobserwować takie skamieliny poprzedniego ustroju, a dziadkowi należą się wyrazy uznania za zaradność. Może rewelacyjny mąż z niego nie był, co babcia przypomina przy różnych okolicznościach, ale był w stanie wyżywić siebie, żonę i sześcioro dzieci. Pokłon dla zawodnika.

Dziadkowe nauki przydały się także w czasie zmian ustrojowych. Co prawda urodziłem się kilka lat za późno, by w pełni móc wykorzystać tkwiący we mnie wówczas potencjał, ale razem z jednym z wujów, który działał jak magnes na kasę, szlifowałem dalej umiejętności handlowe. Był to okres wielkiego szału zakupowego wśród ludzi. Jeżeli ktoś potrafił, można było sprzedać wszystko, co tylko wcześniej się kupiło. Kupowałem wiele i wszędzie. Z zimowiska pod Erfurtem przywoziłem miksery, brytfanny, czekolady „z kotkiem”, suszarki do włosów, końcówki do odkurzaczy, po czym w kraju przejmowała to matka z wujem i wywozili do Turcji, dokładając do tego niepotrzebne graty z domu. Z Turcji przyjeżdżało od diabła swetrów, dresów i złota oraz trochę superlekkiej porcelany, kupionej za marne grosze gdzieś w drodze powrotnej przez Rumunię. Część tego zostawała w domu, lecz większość została spieniężona bądź przygotowana do odsieczy Wiednia i odegrania się Szwedom za potop. Moja dola wracała do mnie. Trzeba się przecież było zabezpieczyć w towar przed pamiętnymi koloniami pod Rygą. Łotysze kupowali wszystko, bo nie mieli nic, a ja z plecakiem wypchanym Donaldami , mydłem Lotos, najtańszymi cieniami do powiek, fosforyzującymi frotkami do włosów i innym badziewiem, robiłem furorę już w budynku kolonijnym. Korzystając z tego, że współlokatorzy wybyli na plażę, zablokowałem stołem otwarte na oścież drzwi, tworząc namiastkę wystawy sklepowej. Buchnięcie frotki przez małą Łotyszkę było dopuszczalne, ale na enerdowców trzeba było uważać. Kradli na potęgę. Po pierwszym popołudniu handlowym miałem prawie 250 rubli utargu. Łotewski emeryt musiał przeżyć miesiąc za około 80 rubli. To, czego nie sprzedałem dzieciakom na miejscu, opyliłem podczas chwili wolnego czasu na targowisku w Rydze. Nie zdążyłem wszystkiego dobrze rozłożyć, a już nic nie miałem. Niespełna pół godziny zajęło mi pozbycie się całego śmiecia, po czym ze spotkanymi kolegami udałem się na podbój sklepów. Największa rewia miała miejsce w sklepie ze sprzętem fotograficznym. Połaziłem najpierw wzdłuż ekspozycji w celach poznawczych. Obsługa sklepu, chyba z przyzwyczajenia, nie zwróciła nawet uwagi na trójkę obsmarkańców, lecz w końcu trzeba było zrobić zakupy. Zapytałem o cenę Smjeny Simbol i lampy błyskowej. Sprzedawca odburknął cenę, jak za karę. Zdziwił się jednak chłopaczyna niemiłosiernie, gdy poprosiłem o osiem kompletów i odliczyłem kasę. Wyraz jego twarzy i zmiana prędkości obsługiwania mnie, zapadły mi mocno w pamięć. A kolonie? Jak to kolonie. Głośne, beztroskie i jak zwykle zbyt krótkie. No i oczywiście na koniec trzeba było spuścić symboliczny wpierdol enerdowcom i kaliningradzkim. Całość przywiezionego stamtąd towaru wyjechała do Turcji. Poszło tam nawet 100 tys. żyletek „Newa” , które miały jeden zasadniczy mankament. Nie goliły. Ale cóż, kupiłem przecież w dobrej wierze. Po 1990-tym jakoś wszystko zaczęło cichnąć, pojawiło się zbyt dużo bardziej doświadczonej konkurencji, w żyłach buzowały hormony, w głowie rodził się bunt, więc umiarkowany materializm zagrzebał się w ciemnym kącie na parę lat, by zbudzić się zbyt późno. Ale o tym może kiedy indziej.

MATERIALIZM W BAWEŁNIE

Czas nauki w liceum, to okres największej obłudy pod względem potrzeby pieniądza. Wiecie zapewne sami. Człowiek nie myśli wtedy zbyt logicznie i twierdzi, że ma wszystko w dupie. Jednak minusem wkładania wszystkiego do dupy jest jeden, ale dość poważny efekt uboczny. Zawsze coś wyjdzie bokiem. Najczęściej też jest to związane z finansami, bo przecież na szlajanie się z kumplami i cotygodniowe „osiemnastki” trzeba jakoś finansować, a tutaj niespodzianka. Wszystkie pomysły już są nie do odzyskania, bo zbyt wiele czasu spędziły w dupie. Trzeba więc, w przerwie pomiędzy balangami i czytaniem lichej beletrystyki ze słuchawkami na uszach, skołować jakąś kasiorę. Jako że pomiędzy dupą a głową zawsze zachodzi konflikt, więc i operacja zorganizowania finansów odbywa się tak pokrętną drogą i dziwnym sposobem działania, że z perspektywy czasu wydaje się to być dziwnym mechanizmem, który nie miał prawa zadziałać, a zadziałał.

MATERIALIZM PRAKTYCZNY

Okres studiów rozpocząłem jako osoba zatrudniona na mało wymagającym stanowisku statysty w kombinacie Jacka Kuronia. Jakże byłem szczęśliwy i radosny, kiedy odebrałem pierwszą „pensję”. Od dawna nie miałem takiej kasy w kieszeni. Jednak darmowa kasa szybko się kończy i czas rozejrzeć się za pracą. Ciężko jednak coś znaleźć, jeżeli ma się wygórowane ambicje i nie dostrzega środka pomiędzy dyrektorem i kopaczem rowów. W końcu ojczym zlitował się i zwerbował mnie do spółki, w której był wspólnikiem. Po ponad roku poszukiwania pracy, było to niczym ekstaza, pomimo tego, że zacząłem od wyburzania ścian w kupionej od upadłej spółdzielni hali. Hala w niedługim czasie przekształcona została w magazyn. Stałem się magazynierem zatrudnionym na umowę o pracę i zacząłem zarabiać prawdziwe pieniądze za prawdziwą pracę. Pieniądze jednak mają to do siebie, że przeciekają mi pomiędzy palcami Studia, utrzymanie, drobne wydatki... nie pomógł nawet awans na „specjalistę do spraw zaopatrzenia „. Przeciekające pieniądze sprawiają, że cały czas jest na nie zapotrzebowanie. Trzeba przecież pielęgnować związki, opłacać „życie”, spotykać się ze znajomymi w pubach, zapewniać sobie godny odpoczynek, odpicować się jak należy, zainwestować w sprzęt grający i wspinaczkowy i inne pierdoły. Wtedy właśnie materializm praktyczny przepoczwarzył się w...

...MATERIALIZM SKRAJNY

Nadszedł czas na zmianę pracy. Pozostałych trzech wspólników w spółce ojczyma było burakami nie z tej ziemi. Taka kosmoćwikła żywiąca się przy pomocy alkosyntezy. Wiecznie wpieprzali mi się w biznes, choć sami zajmowali się nim licho lub wcale. Podzielili pomiędzy sobą kompetencje i jeden drugiemu nawet nie próbował wejść w paradę. Największy burak z nich zajmował się sprawami finansowymi i pracowniczymi. Wielce był biedaczysko niepocieszony, gdy się dowiedział, że mu „słoma z butów wystaje”. W ten oto prosty, acz skuteczny sposób zmuszony byłem do zmiany miejsca pracy. Po dwóch latach zarabiania w trzech kolejnych firmach bez poprawy sytuacji finansowej, trafiłem do obecnej, gdzie dla odmiany jest identycznie. Myśląc, że wyprostuje się to, kiedy będę pracował dla siebie, nabyłem 10% udziałów, lecz jeśli sądzicie, że od tego czasu materializm pozwolił mi na zatkanie dziur pomiędzy palcami, to jesteście w błędzie. Szybko zadziałały wszystkie możliwe prawa Murphy’ego. Kilka spieprzonych spraw zadziałało jak magnes na problemy i na nieboskłonie finansowym pojawiła się nowa gwiazda – Czarna Dupa z orbitującym wokół niej alkoholizmem. Jest to już jednak temat na SPIEPRZYNIEC PROMILOWY, o którym kiedy indziej.

Brak komentarzy: