Życie ogólnie jest do dupy. Nudne, monotonne i do zrzygania spieprzone. Teraz zapewne ktoś powie, że jestem pesymistą, czarnowidzem i dołuję. Zarzuci mi, że nie potrafię czerpać radości z życia, że widzę tylko negatywne strony, że sam fakt życia jest wystarczającym powodem do radości i inne bzdury. A w którym miejscu niby to życie jest tak przepełnione śpiewem skowronka i porannymi pląsami po trawie w kroplach porannej rosy? No w którym? Nie postrzegam życia, jako pasma nieszczęść. Dostrzegam zaletę życia samego w sobie, czerpię garściami radość z chwil, które ją ofiarowują, spodziewam się przebłysków jasności w przyszłości, ale nie zmienia to faktu, że wciąż jest ono do dupy. Wciąż zionie stęchlizną i wiatr hula po pustych przestrzeniach. Nie zmienią tego żadne stany chwilowej euforii, nie zmieni zalewanie się w trupa, związek z kobietą, przyjaciele, rodzina ani żadne bóstwa tego świata. Monotonia poranków, praca, obiad, spotkania ze znajomymi... to wszystko w pewnym momencie staje się nudne i żałosne. Staje się takie, gdy nie jesteś w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie „po co to wszystko?”. W imię czego to wszystko robimy? Zakładamy rodziny i rozmnażamy się, bo tak dyktuje nam natura i choć byśmy się okłamywali, że dobrze nam sam na sam z sobą, to i tak, gdzieś tam w podświadomości, wykiełkuje dążenie do wygody i stabilizacji, co w efekcie , tak, czy siak, doprowadzi do jakiegoś związku. Następnie zachodzi potrzeba utrzymania siebie i ewentualnej rodziny, więc pracujemy. Niezależnie od tego, czy praca sprawia nam przyjemność, czy jest dla nas katorgą, trzeba jakoś funkcjonować w bieżących realiach. Te realia zmuszają nas do utrzymywania kontaktów z innymi ludźmi, byśmy nie zwariowali w szufladzie, do której sami wskoczyliśmy. Krótkie chwile oderwania, pozwalają otrząsnąć się z pyłu dnia i poszusować pomiędzy ramami, szufladami i pudełkami, od czasu do czasu boleśnie rozbijając sobie łokcie i zdzierając skórę na kolanach. Istniejemy dla samego istnienia. A gdzie jest sens? Szukam go już bardzo długo. Na tyle długo, że zacząłem pić, bo go nie dostrzegałem, następnie myślałem, że nie widzę go, bo jestem wiecznie pijany. Rzuciłem alkohol całkowicie a sensu w dalszym ciągu nie ma. Robiłem różne rzeczy, by go odnaleźć. Dobre i złe. W dalszym ciągu DUPA! Wniosek nasuwa mi się jeden. Skoro nie mogę sensu znaleźć, trzeba go olać. Trzeba zrobić wszystko w tym kierunku, żeby było przyjemnie i wygodnie i bynajmniej nie wszystkim dookoła. Każdy sam przeżywa własne życie, więc trzeba skupić się na sobie. Zastanawiam się jedynie, jakim monstrum stanę się w bezwzględnym parciu do wygody i czy to nie zabije sensu, jeżeli się takowy pojawi.
RAMEN

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz