sobota, 21 maja 2011

SPIEPRZYNIEC

Gdybym wiedział, jak potoczy się moje życie, ułożył bym wszystko inaczej, ale niestety, z tego co mi wiadomo, obecne technologie nie pozwalają cofnąć się w czasie. Wiele w życiu spieprzyłem, wiele spieprzyło się samo, a wiele jest spieprzone z klucza już w dniu narodzin.

SPIEPRZYNIEC KONTROLOWANY

Spieprzyłem kilka związków. Niektóre dlatego, że używałem tylko spontanu dla utrzymania ”motyli w brzuchu” . Ta cała oprawa, stosy prezentów, wieczne wypady dokądkolwiek, byle w nowe miejsce, nasiadówki w klubach, pubach i innych miejscach promilogennych, nie pozwalały na wygospodarowanie czasu dla zwykłych czynności, mających największy wpływ na trwałość związku. Mówią, że miłość, to w brzuchu motyle. One, o ironio, żyją tylko chwilę. Inne zepsułem z powodów diametralnie przeciwnych. Zupełny brak zainteresowania podtrzymaniem związku, zero inicjatywy i totalny zlew na kompromis sprawiły, że kaktusy na parapecie pousychały. Nawet karaluchy nie przetrzymały emocjonalnego grobowca pełnego zgniłego oparu i wyemigrowały do Irlandii. Najbardziej jednak żałuję tych wszystkich związków, które nie zdążyły się rozpocząć. Nie miałem bowiem nawet okazji, by odkryć klapkę i nacisnąć czerwony przycisk procedury destrukcji. Nie zdążyłem nacieszyć ducha pięknym widokiem walącej się w gruzy tej, jakże pieczołowicie wznoszonej konstrukcji. Te jednak z kolei metamorfowały w swoistą chorą formę przyjaźni. Taki wyrób miłościopodobny o aromacie identycznym z naturalnym. Duchowe opakowanie zastępcze. Ale o detalach może później. Nie możemy przecież pozwolić, by pogaducha o chaotycznym życiu miała nieskazitelną, uporządkowaną formę , prawda?

SAMOSPIEPRZYNIEC

Parę rzeczy spieprzyło się samo. Choć nie do końca. Tak naprawdę we wszystkim, co pozornie spieprzyło się samo, biorą udział osoby, wokół których to się pieprzy. Mieliście też tak. Prawda? Taki dziwny teatrzyk, w którym zdajemy się odgrywać rolę drugoplanową, niekiedy rozbieraną. Zupełnie jak „piękna nasza Polska cała”. I to wrażenie, że gdy zaczniemy podtrzymywać konstrukcję po lewej stronie, usłyszymy donośne „pierdut!” z prawej. Jak mleko, które postawione na gazie, tylko czeka, aż się na chwilę odwrócimy, by w mgnieniu oka wykipieć i zalać wszystko odorem przypalanego białka. Wszelkiej maści związki międzyludzkie są tego encyklopedycznym przykładem. Prosta przeprowadzka do innego miasta psuje kontakt z wujem, czy ciotką, których odwiedzaliśmy często, a obecnie jedynie dzwonimy w urodziny, czy w inne święto. Pokazujemy im jedynie, że pamiętamy. I nic poza tym. Telefon dwa razy w roku i pogadanka o „piesku, kotku i polityce” nie zahamuje zjazdu po równi pochyłej. Tak właśnie straciłem wspólny język i głęboką więź z ulubionym wujem, z chrzestną, z ciotką „cięta riposta” i kuzynostwem. Tak właśnie zanikają kontakty z czterema, a bardziej już trzema przyjaciółkami i dwoma przyjaciółmi. Z kolei do podobnych skutków doprowadziła niechęć i niemożność przeprowadzki dla podtrzymania istniejącego ostatnio związku. Jakoś wszystko nagle, odpukać, zdechło. Bywa czas, że tyłek musi spotkać rózgę, aby reszta ciała spotkała się z mózgiem. Całe szczęście, że nie zdążyłem zmontować żadnego dzieciaka, bo zmuszony byłbym do podtrzymania związku bez uczuć i emocji, tylko po to, by nie iść w ślady rodziców i zapewnić dzieciakowi rodzinę. Może spieprzoną, ale pełną.

SPIEPRZYNIEC BAZOWY

O tym można rozprawiać godzinami. Jak każdy statystyczny Polak, widzę wokół same spieprzone rzeczy. Na jedne mam, bądź mógłbym mieć wpływ. Polityka, religia, sport, gospodarka... tematy niewyczerpane, niczym rzeki. Inne, jak spieprzony genetycznie układ kostno-stawowy, są obecnie poza zasięgiem mojej ingerencji. Narodowy fundusz zdrowia powstał, byś uwierzył w pana boga jedynego, jeżeli chcesz przeżyć. Chwilowo więc, sprawom spieprzonym z klucza, dam odetchnąć od ociekającego jadem słowotoku.

Brak komentarzy: