poniedziałek, 23 maja 2011

URYWKI Z ŻYCIA HILDEBRANDA PAĆKWY

Hildebrand Paćkwa to znany w południowych prowincjach Górnej Wolty hodowca nakrapianych mydelniczek bezkofeinowych. Jego talent ujawnił się po tragicznym wypadku, kiedy to zaatakowała go rozbrykana dywizja pancernych patisonów ultrafioletowych. Z wypadku wywiązało się sznurowadło konserwowane benzoesanem sodu, które powiedziało, że Gluś śmierdzi. Wolało ono towarzystwo Hildebranda P., niż zgraję sukulentnych rozhermetyzowanych uszczelek fibrowych. Stwierdzenie sznurowadła wywołało zamieszki na tle rasowym pomiędzy ekstremistyczną bojówką pudli bezdomnych, a stowarzyszeniem latających szlifierek na dotarciu. Było to w pierwszym roku ery zakatarzonych onucy i rozgwizdanej
Patagonii . W tymże roku Hildzio wydał swe pierwsze dzieło : poemat czterojajeczny pt. „Bromba w protokooperacji z wirusami krowianki i ich wpływ na kolory nadprodukcyjnych dolnopłuków chronicznych z podmokłej fabryki paznokci słodko-kwaśnych i maślaków dygresyjnych o amplitudzie = 5 mm słupa rtęci”. Poemat ten wygrał główną nagrodę w konkursie im. Eweralda Bźdźiągwy. Paćkwa otrzymał drylownicę do wózków widłowych oraz ochraniacze na karnisze uwęglanowione, które bezgłośnym chlupotaniem pępka kurtyzany inwigilują transcendentalną czasporzestrzeń. Tegoż roku Hildzio wyszedł za mąż za zarządzającego, po czym pożarł swymi bezzębnymi pośladkami ślepego maszynistę, który swym nadpobudliwym pionowzlotem wjechał mu na ambicję mówiąc, że gorący kubek najlepszy. Dwa lata później, w przypływie weny, Paćkwa stworzył symfonię czterojajeczną z ekstraktów naturalnych syfonów wpustowych do kiszenia anhydrytu w plwocinach szczytu, pt. „ Symfonia O-dór jak sto pięćdziesiąt „. Utwór ten miał przeogromny wpływ na kampanię buraczaną, poprzez pojawienie się kuglarza, który zmieniał wszystkich w zieloną noc lub trzynastego w piątek. Na to Hildzio, będąc głodnym nie na żarty, zeźlił się srodze, bo nie dość, że kuglarz, to jeszcze syntetyczny krochmalony komar rzucił niskopiennym tenisówkiem w wyżymaczkę o kącie nachylenia wahacza wstecznego równym, w punkcie odniesienia błyskotliwości żarówek, amplitudzie maślaków dygresyjnych. Po tym wybryku postanowił dokonać swego żywota i oznajmił wszem i w wobec: „Śmierć autorytatywnym myszom kościoła Orgazmu Bożego, potępienie agregatom z pierza poliuretanowego. A tak, trywializując, to fuck it all!!”. Paćkwa zmarł w przedostatnim roku ery zakatarzonych onucy i rozgwizdanej Patagonii. Przyczyną śmierci, jak określił koroner, był ciężki atak gównozy na widok przebiegającego stada niskokalorycznych katapult, udających się do Patagonii na zlot agentów ubezpieczeń i innych strasznych słów. Jeżeli znormalniejemy, nie spotkamy się już z żadnym z wcieleń Hildebranda Paćkwy. 
RAMEN

CZARNA NIEDZIELA

Niedziela. Dla większości ludzi jest to dzień wypoczynku i relaksu. Jednak nie było mi dane zrelaksować się dzięki pewnej stacji radiowej, której nie wymienię z nazwy, gdyż nie potrafię tego zrobić bez używania wulgaryzmów, słuchanej przez babcię. Takiego potoku nietolerancji i obłudy nie znajdzie się w żadnej innej stacji radiowej poza rozgłośniami ortodoksyjnych muzułmanów. Na antenie pewien czarny wpłatomat udowadniał słuchaczom, że jedynym bogiem jest bóg Izraela i każdy z nas staje kiedyś przed wyborem pomiędzy wiarą w boga jedynego albo złem. Jednym zdaniem wpakował wyznających inną wiarę i niewierzących do wspólnego wora z karteczką „źli ludzie”. To bardzo smutne, gdy ludzie, którzy powinni zgodnie ze swoim powołaniem krzewić dobro i pomagać innym, osądzają innych, samemu nie będąc godnymi do pośredniczenia w relacjach pomiędzy bóstwem, w które wierzą a ludźmi w tej wierze trwającymi. Jeżeli jedyną alternatywą w życiu jest KK i zło, to bez cienia wątpliwości, pozostanę sobie szczęśliwym złym człowiekiem. W dalszym ciągu będę zarażał moim złem innych, by też mogli, jeśli tylko zechcą źle żyć, źle pomagać najbliższym i źle innych szanować. W dalszym ciągu też będę omijał wszelkich pośredników wiary i pielęgnował ją w domowym zaciszu, nie zważając na ociekające jadem namowy pośredników, bo własnoręcznie upieczony chleb smakuje najlepiej. 
RAMEN.

sobota, 21 maja 2011

ZARABIALNIK

To niewiarygodne, jak ludzkie podejście do życia potrafi się zmieniać. Ponoć jest to powszechne, ale mogę mówić o tym jedynie na własnym przykładzie. Dzieci mają w tym względzie łatwiej. W ogóle nie postrzegają życia jako takiego, a to strasznie upraszcza. Gdyby można było zachować taki stan umysłu nabierając wiedzy, nie było by ludzi „puszystych”, „niskiej postury”, „ciemnoskórych”. Byliby „grubi”, „niscy” i „czarni”. Może ktoś poczułby się urażony, ale od razu zostałby „obrażalskim”. Bo przecież „Wróbel, nawet w Wielkie Święto, jest tylko wróblem”. Niemniej jednak to podejście do życia przemija i zaczynają się problemy. Zaczynamy zastanawiać się nad tym, o czym, jako dziecko, byśmy nawet nie pomyśleli. Dobro, zło, bóg, szatan, rodzina, samotność, poświęcenie, wygoda... a wszystko to oglądane w całości przez pryzmat pieniądza. Jego obecności lub braku.

MATERIALIZM UMIARKOWANY

Urodziłem się w takim okresie, że miałem możliwość doświadczyć zalet i wad tak zwanej komuny. Każdy ustrój ma wady, więc, jak gro rodaków, zacząłem od niedostrzegania ich, by bez marudzenia wykorzystać jego zalety. Rozpoczął się okres umiarkowanego materializmu. Umiarkowanego, bo robiłem to wówczas tylko po to, by żyło się spokojnie i było na drobne zachcianki. Zmarły już dziadek nauczył mnie swojego czasu jak to robić. Do dzisiaj pamiętam sobotnie rowerowe wyprawy handlowe z dziadkiem. Wyjeżdżaliśmy o poranku. Dziadek na swojej odwiecznej Ukrainie a ja na kozie, jak zwykłem nazywać tą napędzaną mięśniami imitację Harleya. W dziadkowym portfelu brzęczało kilka monet. Ich brzęk był miłym odgłosem dla stróża w „bazie” – magazynie GS na obrzeżach miasta i pozwalał na zorganizowanie dwóch dużych worów siemienia lnianego i mniejszego worka mieszanki zbożowej. Siemię trafiało na dziadkową Ukrainę, a zboże na bagażnik kozy, po czym objuczeni, rozpoczynaliśmy pielgrzymkę handlową po okolicznych gospodarstwach i handel wymienny kwitł. Niczym dotknięciem różdżki, siemię zmieniło się w dwie kaczki, flachę samogonu, torbę śliwek, kurczaka i kilka piskląt. Trach! Następne dotknięcie różdżki i następne. Tak jeździliśmy przez pół dnia. Coś znikało z toreb, by w puste miejsce pojawiło się coś skrajnie innego. Jedynie worek z ziarnem na moim bagażniku pozostawał nieodmieniony. Potrzebny był dla urozmaicenia kurzej diety. Tak. Hodowanie kur w mieście było dość powszechne. Do dzisiaj można gdzieniegdzie zaobserwować takie skamieliny poprzedniego ustroju, a dziadkowi należą się wyrazy uznania za zaradność. Może rewelacyjny mąż z niego nie był, co babcia przypomina przy różnych okolicznościach, ale był w stanie wyżywić siebie, żonę i sześcioro dzieci. Pokłon dla zawodnika.

Dziadkowe nauki przydały się także w czasie zmian ustrojowych. Co prawda urodziłem się kilka lat za późno, by w pełni móc wykorzystać tkwiący we mnie wówczas potencjał, ale razem z jednym z wujów, który działał jak magnes na kasę, szlifowałem dalej umiejętności handlowe. Był to okres wielkiego szału zakupowego wśród ludzi. Jeżeli ktoś potrafił, można było sprzedać wszystko, co tylko wcześniej się kupiło. Kupowałem wiele i wszędzie. Z zimowiska pod Erfurtem przywoziłem miksery, brytfanny, czekolady „z kotkiem”, suszarki do włosów, końcówki do odkurzaczy, po czym w kraju przejmowała to matka z wujem i wywozili do Turcji, dokładając do tego niepotrzebne graty z domu. Z Turcji przyjeżdżało od diabła swetrów, dresów i złota oraz trochę superlekkiej porcelany, kupionej za marne grosze gdzieś w drodze powrotnej przez Rumunię. Część tego zostawała w domu, lecz większość została spieniężona bądź przygotowana do odsieczy Wiednia i odegrania się Szwedom za potop. Moja dola wracała do mnie. Trzeba się przecież było zabezpieczyć w towar przed pamiętnymi koloniami pod Rygą. Łotysze kupowali wszystko, bo nie mieli nic, a ja z plecakiem wypchanym Donaldami , mydłem Lotos, najtańszymi cieniami do powiek, fosforyzującymi frotkami do włosów i innym badziewiem, robiłem furorę już w budynku kolonijnym. Korzystając z tego, że współlokatorzy wybyli na plażę, zablokowałem stołem otwarte na oścież drzwi, tworząc namiastkę wystawy sklepowej. Buchnięcie frotki przez małą Łotyszkę było dopuszczalne, ale na enerdowców trzeba było uważać. Kradli na potęgę. Po pierwszym popołudniu handlowym miałem prawie 250 rubli utargu. Łotewski emeryt musiał przeżyć miesiąc za około 80 rubli. To, czego nie sprzedałem dzieciakom na miejscu, opyliłem podczas chwili wolnego czasu na targowisku w Rydze. Nie zdążyłem wszystkiego dobrze rozłożyć, a już nic nie miałem. Niespełna pół godziny zajęło mi pozbycie się całego śmiecia, po czym ze spotkanymi kolegami udałem się na podbój sklepów. Największa rewia miała miejsce w sklepie ze sprzętem fotograficznym. Połaziłem najpierw wzdłuż ekspozycji w celach poznawczych. Obsługa sklepu, chyba z przyzwyczajenia, nie zwróciła nawet uwagi na trójkę obsmarkańców, lecz w końcu trzeba było zrobić zakupy. Zapytałem o cenę Smjeny Simbol i lampy błyskowej. Sprzedawca odburknął cenę, jak za karę. Zdziwił się jednak chłopaczyna niemiłosiernie, gdy poprosiłem o osiem kompletów i odliczyłem kasę. Wyraz jego twarzy i zmiana prędkości obsługiwania mnie, zapadły mi mocno w pamięć. A kolonie? Jak to kolonie. Głośne, beztroskie i jak zwykle zbyt krótkie. No i oczywiście na koniec trzeba było spuścić symboliczny wpierdol enerdowcom i kaliningradzkim. Całość przywiezionego stamtąd towaru wyjechała do Turcji. Poszło tam nawet 100 tys. żyletek „Newa” , które miały jeden zasadniczy mankament. Nie goliły. Ale cóż, kupiłem przecież w dobrej wierze. Po 1990-tym jakoś wszystko zaczęło cichnąć, pojawiło się zbyt dużo bardziej doświadczonej konkurencji, w żyłach buzowały hormony, w głowie rodził się bunt, więc umiarkowany materializm zagrzebał się w ciemnym kącie na parę lat, by zbudzić się zbyt późno. Ale o tym może kiedy indziej.

MATERIALIZM W BAWEŁNIE

Czas nauki w liceum, to okres największej obłudy pod względem potrzeby pieniądza. Wiecie zapewne sami. Człowiek nie myśli wtedy zbyt logicznie i twierdzi, że ma wszystko w dupie. Jednak minusem wkładania wszystkiego do dupy jest jeden, ale dość poważny efekt uboczny. Zawsze coś wyjdzie bokiem. Najczęściej też jest to związane z finansami, bo przecież na szlajanie się z kumplami i cotygodniowe „osiemnastki” trzeba jakoś finansować, a tutaj niespodzianka. Wszystkie pomysły już są nie do odzyskania, bo zbyt wiele czasu spędziły w dupie. Trzeba więc, w przerwie pomiędzy balangami i czytaniem lichej beletrystyki ze słuchawkami na uszach, skołować jakąś kasiorę. Jako że pomiędzy dupą a głową zawsze zachodzi konflikt, więc i operacja zorganizowania finansów odbywa się tak pokrętną drogą i dziwnym sposobem działania, że z perspektywy czasu wydaje się to być dziwnym mechanizmem, który nie miał prawa zadziałać, a zadziałał.

MATERIALIZM PRAKTYCZNY

Okres studiów rozpocząłem jako osoba zatrudniona na mało wymagającym stanowisku statysty w kombinacie Jacka Kuronia. Jakże byłem szczęśliwy i radosny, kiedy odebrałem pierwszą „pensję”. Od dawna nie miałem takiej kasy w kieszeni. Jednak darmowa kasa szybko się kończy i czas rozejrzeć się za pracą. Ciężko jednak coś znaleźć, jeżeli ma się wygórowane ambicje i nie dostrzega środka pomiędzy dyrektorem i kopaczem rowów. W końcu ojczym zlitował się i zwerbował mnie do spółki, w której był wspólnikiem. Po ponad roku poszukiwania pracy, było to niczym ekstaza, pomimo tego, że zacząłem od wyburzania ścian w kupionej od upadłej spółdzielni hali. Hala w niedługim czasie przekształcona została w magazyn. Stałem się magazynierem zatrudnionym na umowę o pracę i zacząłem zarabiać prawdziwe pieniądze za prawdziwą pracę. Pieniądze jednak mają to do siebie, że przeciekają mi pomiędzy palcami Studia, utrzymanie, drobne wydatki... nie pomógł nawet awans na „specjalistę do spraw zaopatrzenia „. Przeciekające pieniądze sprawiają, że cały czas jest na nie zapotrzebowanie. Trzeba przecież pielęgnować związki, opłacać „życie”, spotykać się ze znajomymi w pubach, zapewniać sobie godny odpoczynek, odpicować się jak należy, zainwestować w sprzęt grający i wspinaczkowy i inne pierdoły. Wtedy właśnie materializm praktyczny przepoczwarzył się w...

...MATERIALIZM SKRAJNY

Nadszedł czas na zmianę pracy. Pozostałych trzech wspólników w spółce ojczyma było burakami nie z tej ziemi. Taka kosmoćwikła żywiąca się przy pomocy alkosyntezy. Wiecznie wpieprzali mi się w biznes, choć sami zajmowali się nim licho lub wcale. Podzielili pomiędzy sobą kompetencje i jeden drugiemu nawet nie próbował wejść w paradę. Największy burak z nich zajmował się sprawami finansowymi i pracowniczymi. Wielce był biedaczysko niepocieszony, gdy się dowiedział, że mu „słoma z butów wystaje”. W ten oto prosty, acz skuteczny sposób zmuszony byłem do zmiany miejsca pracy. Po dwóch latach zarabiania w trzech kolejnych firmach bez poprawy sytuacji finansowej, trafiłem do obecnej, gdzie dla odmiany jest identycznie. Myśląc, że wyprostuje się to, kiedy będę pracował dla siebie, nabyłem 10% udziałów, lecz jeśli sądzicie, że od tego czasu materializm pozwolił mi na zatkanie dziur pomiędzy palcami, to jesteście w błędzie. Szybko zadziałały wszystkie możliwe prawa Murphy’ego. Kilka spieprzonych spraw zadziałało jak magnes na problemy i na nieboskłonie finansowym pojawiła się nowa gwiazda – Czarna Dupa z orbitującym wokół niej alkoholizmem. Jest to już jednak temat na SPIEPRZYNIEC PROMILOWY, o którym kiedy indziej.

SPIEPRZYNIEC

Gdybym wiedział, jak potoczy się moje życie, ułożył bym wszystko inaczej, ale niestety, z tego co mi wiadomo, obecne technologie nie pozwalają cofnąć się w czasie. Wiele w życiu spieprzyłem, wiele spieprzyło się samo, a wiele jest spieprzone z klucza już w dniu narodzin.

SPIEPRZYNIEC KONTROLOWANY

Spieprzyłem kilka związków. Niektóre dlatego, że używałem tylko spontanu dla utrzymania ”motyli w brzuchu” . Ta cała oprawa, stosy prezentów, wieczne wypady dokądkolwiek, byle w nowe miejsce, nasiadówki w klubach, pubach i innych miejscach promilogennych, nie pozwalały na wygospodarowanie czasu dla zwykłych czynności, mających największy wpływ na trwałość związku. Mówią, że miłość, to w brzuchu motyle. One, o ironio, żyją tylko chwilę. Inne zepsułem z powodów diametralnie przeciwnych. Zupełny brak zainteresowania podtrzymaniem związku, zero inicjatywy i totalny zlew na kompromis sprawiły, że kaktusy na parapecie pousychały. Nawet karaluchy nie przetrzymały emocjonalnego grobowca pełnego zgniłego oparu i wyemigrowały do Irlandii. Najbardziej jednak żałuję tych wszystkich związków, które nie zdążyły się rozpocząć. Nie miałem bowiem nawet okazji, by odkryć klapkę i nacisnąć czerwony przycisk procedury destrukcji. Nie zdążyłem nacieszyć ducha pięknym widokiem walącej się w gruzy tej, jakże pieczołowicie wznoszonej konstrukcji. Te jednak z kolei metamorfowały w swoistą chorą formę przyjaźni. Taki wyrób miłościopodobny o aromacie identycznym z naturalnym. Duchowe opakowanie zastępcze. Ale o detalach może później. Nie możemy przecież pozwolić, by pogaducha o chaotycznym życiu miała nieskazitelną, uporządkowaną formę , prawda?

SAMOSPIEPRZYNIEC

Parę rzeczy spieprzyło się samo. Choć nie do końca. Tak naprawdę we wszystkim, co pozornie spieprzyło się samo, biorą udział osoby, wokół których to się pieprzy. Mieliście też tak. Prawda? Taki dziwny teatrzyk, w którym zdajemy się odgrywać rolę drugoplanową, niekiedy rozbieraną. Zupełnie jak „piękna nasza Polska cała”. I to wrażenie, że gdy zaczniemy podtrzymywać konstrukcję po lewej stronie, usłyszymy donośne „pierdut!” z prawej. Jak mleko, które postawione na gazie, tylko czeka, aż się na chwilę odwrócimy, by w mgnieniu oka wykipieć i zalać wszystko odorem przypalanego białka. Wszelkiej maści związki międzyludzkie są tego encyklopedycznym przykładem. Prosta przeprowadzka do innego miasta psuje kontakt z wujem, czy ciotką, których odwiedzaliśmy często, a obecnie jedynie dzwonimy w urodziny, czy w inne święto. Pokazujemy im jedynie, że pamiętamy. I nic poza tym. Telefon dwa razy w roku i pogadanka o „piesku, kotku i polityce” nie zahamuje zjazdu po równi pochyłej. Tak właśnie straciłem wspólny język i głęboką więź z ulubionym wujem, z chrzestną, z ciotką „cięta riposta” i kuzynostwem. Tak właśnie zanikają kontakty z czterema, a bardziej już trzema przyjaciółkami i dwoma przyjaciółmi. Z kolei do podobnych skutków doprowadziła niechęć i niemożność przeprowadzki dla podtrzymania istniejącego ostatnio związku. Jakoś wszystko nagle, odpukać, zdechło. Bywa czas, że tyłek musi spotkać rózgę, aby reszta ciała spotkała się z mózgiem. Całe szczęście, że nie zdążyłem zmontować żadnego dzieciaka, bo zmuszony byłbym do podtrzymania związku bez uczuć i emocji, tylko po to, by nie iść w ślady rodziców i zapewnić dzieciakowi rodzinę. Może spieprzoną, ale pełną.

SPIEPRZYNIEC BAZOWY

O tym można rozprawiać godzinami. Jak każdy statystyczny Polak, widzę wokół same spieprzone rzeczy. Na jedne mam, bądź mógłbym mieć wpływ. Polityka, religia, sport, gospodarka... tematy niewyczerpane, niczym rzeki. Inne, jak spieprzony genetycznie układ kostno-stawowy, są obecnie poza zasięgiem mojej ingerencji. Narodowy fundusz zdrowia powstał, byś uwierzył w pana boga jedynego, jeżeli chcesz przeżyć. Chwilowo więc, sprawom spieprzonym z klucza, dam odetchnąć od ociekającego jadem słowotoku.

czwartek, 12 maja 2011

Sensownik

Życie ogólnie jest do dupy. Nudne, monotonne i do zrzygania spieprzone. Teraz zapewne ktoś powie, że jestem pesymistą, czarnowidzem i dołuję. Zarzuci mi, że nie potrafię czerpać radości z życia, że widzę tylko negatywne strony, że sam fakt życia jest wystarczającym powodem do radości i inne bzdury. A w którym miejscu niby to życie jest tak przepełnione śpiewem skowronka i porannymi pląsami po trawie w kroplach porannej rosy? No w którym? Nie postrzegam życia, jako pasma nieszczęść. Dostrzegam zaletę życia samego w sobie, czerpię garściami radość z chwil, które ją ofiarowują, spodziewam się przebłysków jasności w przyszłości, ale nie zmienia to faktu, że wciąż jest ono do dupy. Wciąż zionie stęchlizną i wiatr hula po pustych przestrzeniach. Nie zmienią tego żadne stany chwilowej euforii, nie zmieni zalewanie się w trupa, związek z kobietą, przyjaciele, rodzina ani żadne bóstwa tego świata. Monotonia poranków, praca, obiad, spotkania ze znajomymi... to wszystko w pewnym momencie staje się nudne i żałosne. Staje się takie, gdy nie jesteś w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie „po co to wszystko?”. W imię czego to wszystko robimy? Zakładamy rodziny i rozmnażamy się, bo tak dyktuje nam natura i choć byśmy się okłamywali, że dobrze nam sam na sam z sobą, to i tak, gdzieś tam w podświadomości, wykiełkuje dążenie do wygody i stabilizacji, co w efekcie , tak, czy siak, doprowadzi do jakiegoś związku. Następnie zachodzi potrzeba utrzymania siebie i ewentualnej rodziny, więc pracujemy. Niezależnie od tego, czy praca sprawia nam przyjemność, czy jest dla nas katorgą, trzeba jakoś funkcjonować w bieżących realiach. Te realia zmuszają nas do utrzymywania kontaktów z innymi ludźmi, byśmy nie zwariowali w szufladzie, do której sami wskoczyliśmy. Krótkie chwile oderwania, pozwalają otrząsnąć się z pyłu dnia i poszusować pomiędzy ramami, szufladami i pudełkami, od czasu do czasu boleśnie rozbijając sobie łokcie i zdzierając skórę na kolanach. Istniejemy dla samego istnienia. A gdzie jest sens? Szukam go już bardzo długo. Na tyle długo, że zacząłem pić, bo go nie dostrzegałem, następnie myślałem, że nie widzę go, bo jestem wiecznie pijany. Rzuciłem alkohol całkowicie a sensu w dalszym ciągu nie ma. Robiłem różne rzeczy, by go odnaleźć. Dobre i złe. W dalszym ciągu DUPA! Wniosek nasuwa mi się jeden. Skoro nie mogę sensu znaleźć, trzeba go olać. Trzeba zrobić wszystko w tym kierunku, żeby było przyjemnie i wygodnie i bynajmniej nie wszystkim dookoła. Każdy sam przeżywa własne życie, więc trzeba skupić się na sobie. Zastanawiam się jedynie, jakim monstrum stanę się w bezwzględnym parciu do wygody i czy to nie zabije sensu, jeżeli się takowy pojawi.

RAMEN