Poranki w autobusach. Mnóstwo martwych ludzi. Martwe twarze
z martwymi spojrzeniami, balansującymi niczym cyrkowiec, na krawędzi
rzeczywistości i snu. Wydają się być maksymalnie skupieni, ale ich dusze
wędrują gdzieś na granicy światów, oczekując na to, że któryś świat wyciągnie
do nich rękę i przeniesie ich do określonej rzeczywistości. A autobus podąża
swoją drogą, niczym objazdowy czyściec, pełen istot niezdolnych do zrozumienia
sytuacji, w której się znaleźli. Wicher rzeczywistości… ból wyraża emocje... do
skraju ich pojmowania. Dumam nad tym, jakie to wspaniałe uczucie pokonywać
swoje własne słabości. Jechać daleko przed siebie, ze świadomością, że człowiek
w dłoniach ma swoje życie, walczy z szaleństwem i odpowiedzialnością, nie
poddaje się..... wiatr we włosach, myśli, dumanie nad planami i kolejnymi
marzeniami, które chce się zrealizować.....ojjjjj życie...
Ten sam wiatr, który wieje we włosach, skutecznie hamuje
działania... własną siłą hamuje dłoń próbującą odgarnąć niepokorny kosmyk,
który jest częścią ciebie, ale nie możesz go poskromić... z maniakalnym uporem
wciska ci się w usta, a ty nie możesz tego pokonać, bo prędkość, z którą się
przemieszczasz, zyskała nad tobą przewagę... a wystarczy zwolnić i powąchać las
dookoła... poczuć w sobie odwieczność przyrody, wsłuchać się w jakże głośny
odgłos godowy pasikonika, który, choć niewidoczny, napełnia twoją rzeczywistość
swoim odgłosem i sprawia, że twoja rzeczywistość staje się pełniejsza. A to
tylko kwestia dostrzeżenia tego, czego nie widzimy, a co utrzymuje nas w dobrym
samopoczuciu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz